wtorek, 18 lutego 2014

Pióroróg

Pióroróg (Tanyptera Atrata)

To komar? Nie
To ptak? Nie
To samolot? Nie
To Pióroróg, rzadki owad z rodziny koziółkowatych (Tipulidae). Muchówka

Spotkaliśmy się po raz pierwszy o dziwo dopiero w minione lato (2013r.). Niezdarnie latał w pobliżu stosu spróchniałych drzew, za pewne szukając miejsca do złożenia jaj.
 

Co od razu rzuca się w oczy – pięknie intensywny, pomarańczowy kolor.
Osobnik ze zdjęcia to samica, w okresie składania jaj, co można na nim zauważyć. Odwłok od strony brzusznej jest wyraźnie wypukły i przebija przez się przez skórę/błonę biaław kolor czyli kolor jaj. Ten ostro, jakby się mogło wydawać, zwieńczony odwłok to pokładełko, służące do skladania jaj w miękkim, spróchniałym drewnie. Samce są mniej wybarwione, w przeważającej części są czarne, pojawiają się dodatkowe żółte kolory na odwłoku.

Ekosystemem, który najbardziej odpowiada ich wymaganiom jest wiekowy i najlepiej wilgotny las.
 

Można określić go rzadkim owadem, i nie ulega wątpliwości, że on jak i wszystkie bytujące w spróchniałych, obumarłych drzewach gatunki, czy to owady (stawonogi), czy ptaki, niestety ale WYGINĄ. To tylko kwestia czasu. Człowiek w swojej roszczeniowej polityce ekonomicznej przejmuje w dość szybkim tempie wszystkie obszary, w tym leśne. Coraz mniej obumarłych drzew zostawianych jest w spokoju, by mogło w nich swoje kontinuum odbywać życie wszelakich form.
Co za tym idzie ... ? Ludzie. My. :/
 
 
A to bardzo pożyteczne stworzenie bo bierze udział w redystrybucji związków organicznych w ekosystemie. Larwy Pióroroga oprócz spróchniałego drewna żerują na rozkładających się liściach i igłach drzew czy ściółką.

Bohater tekstu może mierzyć do 6 cm rozpiętości skrzydeł, jest zatem znacznie większy od komarów (nawet od sporych rozmiarów komarzyc). Żywią się nektarem, jeśli w ogóle się żywią, bo to osobniki efemeryczne, żyją bardzo krótko, i bardzo często mają tylko jeden cel – rozmnożyć się. Potem umierają.
 
 
 
 
Dłuższą chwilę trwała identyfikacja tej żywej istoty. Na samym jej końcu nie wiedziałem czy to nei jej bliski krewniak Tanyptera nigricornis. Różnic jest jednak kilka, oprócz rozmiaru również kolor krętarzy (krótkiego fragmentu krocznych odnóży łączącym biodro z udem)
W Polsce mamy tylko 7 gatunków koziółek. Skromnie, ale mamy :)
Wygląda też na to, że dobrze czują się w Sudetach i na Pogórzu Sudeckim.

A to już nadesłane przez jednego z czytelników (Pawła S.) zdjęcie godów.
P. S. Nie są niebezpieczne dla człowieka. Nie bójcie się ich. I dajcie znać gdy spotkacie takiego na swojej drodze, ciekaw jestem gdzie występują.

niedziela, 16 lutego 2014

Grodztwo ...

Byliście na zamku w Kamiennej Górze?
Owszem. W Kamiennej Górze jest zamek. Większości mieszkańców miasta i okolic dobrze znany, jednakże poza regionem nie cieszy się popularnością. I jest to zrozumiale ...

 
Kliknij, aby powiększać zdjęcia.
Wystarczy spojrzeć na zdjęcia by zrozumieć dlaczego. Na brak świadomości o jego istnieniu może również wpływać jego lokalizacja – peryferyjnie, za miastem, obecnie zarośnięty krzakami, drzewami i pokrzywami.
 

Nie ucierpiał podczas wojen, ani śląskich, ani napoleońskich. Dopiero armia radziecka w 1945 roku zdewastowała zamek. Jednak najbardziej ucierpiał dopiero później, w 1964 roku i to już za sprawą Polaków.

 


Galeria

 
 
Po XVI-wiecznym, renesansowym majątku pozostały jedynie ruiny (jak zwykle :/).

Lata jego świetności minęły dekady temu.  Litografia Theodora Blatterbauera z połowy XIX wieku


Jak było na prawdę? Nie potrafię niestety odpowiedzieć.
Mówi się, że dokonali tego głodni skarbów i majątku szabrownicy (za pewne mieszkańcy regionu). Po rozkradzeniu wartościowszych rzeczy, zamek podpalili, aby zatuszować swoje haniebne czyny. I tak też podaje się do publicznej wiadomości, że zamek spłonął podczas pożaru. Druga wersja, bardziej oficjalna mówi, że zamek najpierw spłonął, a dopiero później go rozkradziono. Jak było na prawdę? Pewne jest jednak, że wartościowe elementy wyposażenia (m. in. zastawa, meble), są w rękach niektórych kamiennogórzan, choć nie do końca wiadomo, "kto, co i jak?".

Tuż za murami zamku obecnie uprawia się warzywa. Mur pełni swoją obronną funkcję - strzeże przed natarciem na ogródek saren i dzików z pobliskich terenów leśnych.
Ostatnim i chyba najsurowszym katem zostały władze miasta Kamienna Góra. Po tym jak podczas pożaru w 1964r. spłonął dach, władze nie zdecydowały się na remont obiektu. W żaden sposób nie zabezpieczyły spalonego zamku, a destrukcja postępowała. Koszty remontu w tamtym czasie były dziesiątki razy mniejsze niż dzisiaj, jeśli w ogóle można mówić o możliwości remontu tak zrujnowanego obiektu.


Z powojennych ciekawostek, warto odnotować, że Grodztwo, służyło z początku za magazyny, a później zostało przejęte przez Państwowe Gospodarstwo Rolne.


 
Ale wróćmy na moment do początku. Nad bobrem, na północ od Kamiennej Góry, w kierunku Marciszowa, istniał już zamek w XIII wieku. Po nim oczywiście nie zostało już śladu, za wyjątkiem słabo już czytelnej fosy.
 

Okna zwężane do zewnątrz świadczą o obronnej funkcji Grodztwa.
Natomiast obiekt o którym mówimy, wybudowali Schaffgotschowie, między 1560 a 1588 rokiem na miejsce istniejącego już dworu, budynku o charakterze obronno-mieszkalnym w formie wieży rycerskiej.  Poza Kreppelhofem należały do nich również pobliskie wsie w dolinie Bobru: Daleszów Górny i Daleszów Dolny - obecnie dzielnice Kamiennej Góry.
 

Piaskowcowe rzeźby głów lwów lezą i czekają na zapomnienie.



Rezydencja posiadała wewnętrzny dziedziniec, krużganki i wysoką na kilkanaście metrów wieżę.

Widok zamku z lat 1744 - 1755 na rycinie Wernera.

Wnętrze pałacu było bogato zdobione, z mnogością pięknych detali architektonicznych.
 
 
Do dzisiaj zachowało się kilka elementów mówiących o dawnym bogactwie i kunszcie: ...
 
 
... brama wjazdowa z okalającymi murami, portale, gzymsy okienne, piaskowcowe rzeźby zdobiące niegdyś wejście.
 
 
Ahh. jakże pięknym uczuciem byłoby dziś wspinanie się na piętro do bogatych sal krętymi schodami albo podziwianie widoków z okien wieży, czy wejść galerią na dziedziniec z ogrodem.



Niemiecka nazwa "Kreppelhof" po I wonie światowej na chwilę została spolszczona na "Krzepielów". Później jednak, w nie do końca wytłumaczalnych okolicznościach ustanowiono nazwę "Grodztwo".

Zamek Grodztwo w Kamiennej Górze (widok od strony zachodniej) na pocztówce wydanej przez księgarnię Paula Schulze z Kamiennej Góry (wysłanej 13.04.1908r.). - lata 1900-1908
A jak w Polsce się dba o takie zabytki?
Całkiem niedawno, bo już w XXI wieku, władze miasta wystąpiły do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków o skreślenie Grodzwa z listy zabytków i pozwolenie na wyburzenie zamku, argumentując te działanie troskę o odwiedzających te ruiny. Tak, aby nikomu się nie zawalił na głowę. Próby uzyskania funduszy na remonty i rewitalizację również podejmowano ale dość niemrawo i z mizernym skutkiem. Na jakiekolwiek "ruchy" czeka się do dziś, i zamek poczeka jeszcze długo ...(chciałbym, ale potrwa to pewnie dość krótko, bo może nie wiadomo ile jeszcze wytrzyma).


Na koniec może powtórzę pytanie z początku.
Byliście na zamku w Kamiennej Górze? Uważajcie, może runąć w każdej chwili.

wtorek, 11 lutego 2014

Chatka Wielkanocna

W Karkonoszach znajduje się obecnie 7 tzw. "chatek". W przeszłości było ich więcej, niektóre się jednak spaliły bądź zostały rozebrane na polecenie władz Karkonoskiego Parku Narodowego.
 
Chatka Wielkanocna położona jest na wysokości 1251 m.n.p.m.
Chatki nie znajdują się zazwyczaj na szlaku, najczęściej nieznacznie obok. Nie jest jednak prostym  dotarcie do nich, często są dość sprytnie schowane między drzewami, dodatkowo w zagłębieniach przysłoniętych "fałdem" terenu. Tak aby nie każdy mógł z łatwością dotrzeć do nich, bo to groziło by dewastacją przez co po mniej inteligentnych wandali (a i takie próby miały miejsce w przeszłości)
 
Chatka oznaczona jest na starszych mapach Karkonoszy, jednakże na najnowszych wydaniach już jej nie znajdziecie. Na powyższej oznaczyłem ją czerwonym kółkiem.

Większość chatek zbudowanych zostało jeszcze przed II wojna światową, tak aby leśnicy pracujący w górach nie musieli schodzić do osad położonych u podnóża gór na co tracili by każdego dnia mnóstwo czasu. Ale chatka, o której mowa w tym tekście,  powstała, gdy prowadzono w rejonie Śnieżnych Kotłów badania glacjalne (procesów wpływu lodowca na rzeźbę i ukształtowanie terenu), w roku najprawdopodobniej 1966.
 
 
Obecnie chatkami opiekują się stowarzyszenia i towarzystwa, a one same są zamykane na siedem spustów, tak aby uniemożliwić włamanie. Chatką Wielkanocną opiekuje się Poznański Klub Wysokogórski.

Przy dobrej pogodzie z drewnianego balkonu chatki rozciąga się piękny widok na Szklarską Porębę i całą Kotlinę Jeleniogórską z okalającymi ją górami i wzniesieniami.
Sama nazwa przyjęła się po roku 1967, kiedy to grupka ludzi spędziła w niej Wielkanoc. Po tej nocy i emocjach związanych z tym czasem spędzonym u stóp Śnieżnych Kotłów zaczęli określać drewnianą chatkę "Wielkanocną". I Tak zostało aż do dnia dzisiejszego, ...
Sama chatka posiada konstrukcję zrębową i płaski dach. Jest jednoizbowym schronem wykonanym w większości z drewna (jedynie komin jest kamienny). W warunkach komfortowych (drewniane łóżka i stare materace) może się w niej przespać nawet 8 osób, w warunkach mniej komfortowych nawet kilkanaście.

Nasze kompania próbuje sforsować wejście, mimo iż posiadamy cały zestaw kluczy, to i tak nie jest takie proste. Włamanie do środka było by więc nie lada (hańbiącym) wyczynem. Nie próbujcie ...

Klucze do chatki można uzyskać za zgodą opiekunów z Poznania. Ci, którzy decydują się na nocleg w niej rozumieją również, że korzystanie z chatki i jej wyposażenia powinno zostać odpracowane praca na jej rzecz. Oczywiście wysprzątaniem jej po swoim pobycie, zostawieniem odpowiedniej ilości drewna itd.

A tak wygląda chatka w sezonie ciepłym :)

W "Wielkanocnej" można w cieple przespać się nawet w środku zimy, kominek jest w stanie dostarczyć nawet zbyt dużo ciepła. Rano niestety jest dość rześko, chyba, że w nocy utrzyma się ogień.
 

Do lutego 2014 roku w chatce spędziło noc już 4700 osób. W kronice gości, można również przeczytać o ciekawych przygodach odwiedzających :)
 
P.S. Wychodek do chatki znajduje się około 100m od niej, nie posiada niestety drzwi wejściowych, jednakże korzystający z niego jest osłonięty od trzech stron przed wiatrem, a odsłonięta strona odsłania piękne widoki :p Sprytnie pomyślane ...

niedziela, 5 stycznia 2014

Stary Gryf

Mówią, że nie ma zimy? Owszem, przyszła do nas,  ale w szacie z gnijących liści i śpiącej zieleni. Dzięki temu naga ziemia nie kryje tajemnic, a zatem to dobry czas by zwęszyć którąś z tysiąca jej intryg ...

XVII – wieczna brama wjazdowa widziana z muru okalającego dojazd do zamku. Najmłodsza z trzech części zamku (zamek górny, średni i dolny).
Zamek Gryf, a w zasadzie to już tylko jego ruiny, pochodzi z XIII wieku. Wzniesiony został na wzgórzu wulkanicznym w maleńkiej wsi Proszówka, niedaleko Gryfowa Śląskiego, Świeradowa Zdroju i Lubomierza. Wcześniej znajdował się już tutaj ziemno-drewniany gród Bobrzan. Wzgórze z wystającymi między drzewami ruinami widoczne jest z daleka. Tyle o historii tego miejsca. Teraz przeskoczmy przez płoty.
 
Brama wjazdowa od wewnątrz, widziana z zamku górnego
Warownia wraz z obmurowaniem zajmuje spory obszar, zbudowana została na różnych poziomach wysokości wzgórza. Za czasów swojej świetności musiała robić wielkie wrażenie.

 
 
Jeszcze kilka lat temu na wzgórze można było swobodnie wejść i rozejrzeć się po ruinach, teraz jednak jest to już niemożliwe. Warownia otoczona jest wysokim płotem z zaostrzonych na końcu okrąglaków, a samo wejście na dziedziniec prowadzi przez kolejną, obok wjazdowej, zaryglowaną i okłódkowaną bramę.

Na szczęście nad bramą znajduje się jeszcze trochę miejsca aby lekki i szczupły człowiek mógł ... (może nie dokończę, aby nie szargać swojej reputacji :p Cóż, zakazy są od tego by je łamać, ale nie bierzcie ze mnie przykładu).

 Zamek posiada swoje piwnice, nie są one jednak zbyt pokaźne.

Od jakiegoś czasu jest już własnością prywatną, wewnątrz znajduje się kilka nowopostawionych drewnianych chatek (jak ta na zdjęciu powyżej). Na jednej z nich nawet przywieszono karteczkę z napisem "Kasa". Widać, że nowy właściciel inwestuje w te piękne ruiny i za pewne liczy na zyski z wizytorów, a ów domki pewnie posłużą za infrastrukturę. Będzie to arcytrudne

NIe jestem pewien czy to próba remontu czy po prostu bezpieczna rozbiórka.

Zamek jednak jest w bardzo, ale to bardzo opłakanym stanie. Momentami aż bałem się, że zawalą się na mnie jego ściany.
Ciężko wyobrazić sobie, że można wyremontować ten obiekt, a jednak na miejscu można zastać taki widok. Podjęto tę próbę.  I chyba należało by to uznać za dobry ruch.

 
Ze wzgórza rozciąga się widok na Góry Izerskie.
 

Zamek dolny jest najbardziej zniszczonym. Jego najniższy poziom jest już nie dostępny, został zagruzowany, zasypany i zarośnięty.
 
 
Nie chcę zamęczać Was historią, ale jeden z faktów jest na prawdę zaskakujący. Otóż w 1798 roku zamek zaczęto rozbierać aby zbudować u podnóża góry folwark. Zamienić siekierkę na kijek?. I to oczywiście nie Polacy władali w ten czas tymi włościami. Od tamtej pory zamek wali się i przewraca aż do dnia dzisiejszego.

Stara studnia? chociaż bardziej wygląda to na miejsce przetrzymywania więźniów.


Zagruzowany dolny zamek z pewnością skrywa jakieś tajemnice i pozostałości, ale nie sposób zweryfikować tę teorię gołymi rękami.

A Dlaczego akurat "Gryf" ? O to byłoby trzeba spytać Schaffgotschów, dawnych włodarzy zamku, którzy wznieśli na jego szczycie kaplicę a na jednej z jej ścian kazali wykonać malunek Gryfa. Za pewne wedle legendy, której treści nie dane będzie już nam poznać, na wzgórzu znajdowało się gniazdo Gryfów. Hmmm.

niedziela, 1 grudnia 2013

Białe Rysy

Ograniczenia? Owszem istnieją, ale niektóre można dość łatwo pokonać. I wcale nie potrzeba nie wiadomo jak wielkiego zaplecza finansowego by przeżyć coś wielkiego (no może sporego :p) ...
 
Wystarczył impuls. Była środa, 20. listopada. Brat wspomniał coś o wyjeździe w Polskę, również o tym, że w poniedziałek będzie wracał z Podhala. Więc miałbym powrót jakbym gdzieś tam przypadkiem się znalazł. I wystarczyło, bym szybko wyprodukował plan wyjścia z domu na kilka dni. Spakowałem prowiant, trochę ubrań, mapy, aparat i puste klastry gotowe na wypełnienie świeżymi przygodami :) Cel? Chyba Tatry. Wyszedłem z domu w sobotę z samego rana. Wcześniej przygotowałem sobie kartonową tabliczkę z wypisanymi miastami: Katowice, Kraków, i na odwrocie Zakopane. Udało mi się dzień wcześniej zorganizować podwózkę do Wrocławia, dokładniej na Bielany, którędy przechodzi autostrada w kierunku Krakowa. Znalazłem sobie dogodne miejsce przy wjeździe, przy stacji benzynowej. Kilka minut stałem obok plecaka z tabliczką w jednej ręce i wyciągniętym kciukiem drugiej ręki. W pewnym momencie wpadła mi w oczy rejestracja wjeżdżającego na stację samochodu rozpoczynająca się na KR. Tak, to musi być KRaków, Podszedłem do kierowcy kiedy szykował się do tankowania. Uprzedził moje pytanie i zapytał dokąd zmierzam. Poczekałem aż wykona telefon do klienta i zatankuje. Ze stacji wyszedł nadzwyczaj uśmiechnięty co było równoznaczne z jednym. Jadę. Otworzył bagażnik i polecił o zostawienie plecaka i tabliczki, której, jak to określił "nie będziesz póki co potrzebować". W 2 godziny i 40 minut dotarliśmy do Krakowa, całą drogę gaworząc o górach, zamkach, autostradach, pięknych miejscach i ciekawostkach. 15 minut zajęło mi złapanie okazji do Zakopanego i już przed w pół do trzeciej byłem na miejscu. Niesamowite szczęście. Ale karma, czekała tuż za rogiem by wyrównać rachunki.

 

Podekscytowany przespacerowałem się na Krupówki, tam wyciągnąłem mapę i obrałem kolejny cel – Morskie Oko, najlepsza baza wypadowa na Rysy czy Mięguszowieckie Szczyty. Wcześniej jednak postanowiłem odwiedzić toaletę w McDonaldzie. Zamówiłem najtańszy przysmak zachodu – cheeseburger'a, i udałem się na piętro na konsumpcję. Trwała krótko, po czym udałem się do toalety. Wychodząc z niej przeszło mnie uczucie niepewności, jakbym czegoś nie miał w kieszeni, tam gdzie zawsze to powinno być. Portfel? Przeszukałem kieszeni i plecak, i nie znalazłem go. Wróciłem na miejsce konsumpcji. Hmm. Tacki na której jadłem, również już nie było. Szybka analiza faktów. Wiem. Portfel był czerwony, zupełnie jak tacka. Musiałem go zostawić na niej. Zbiegłem piętro nizej i zapytałem przez ladę, czy nikt nie zabrał razem z nią portfela. Owszem, był, otrzymałem go od kierowniczki zmiany, ale ... bez pieniędzy. Zapytałem o nie, ale niezdarna odpowiedź, że zabrał go jakiś chłopak i nie wiadomo jaki nawet skreśliła nadzieję na odzyskanie funduszy. Nie było ich wiele, ale na kilka noclegów w schroniskach plus na drobne przekąski itd. Zamyśliłem się i najcenniejszą rzecz pozostawiłem na 2 minuty bez opieki i skończyło się jak skończyło. Trudno. Ale wciąż jestem w Zakopanem, mam swoje plany. Cztery złote w kieszeni zmusiły mnie do intensywniejszego kombinowania. Mam. Niewielka, wewnętrzna kieszonka w plecaku, a w niej 200 koron czeskich i 5 euro, zabrane na wszelki wypadek, w zasadzie to sam nie wiem dlaczego tam je włożyłem. Z kantoru wyszedłem mając już 50 złotych, doliczając 4 które zostały w kieszeni, to razem 54 złote - wciąż mogę wszystko :D Była 15:30 zaczynało delikatnie się ściemniać a ja miałem jeszcze do przebycia 21 km, górami. Ruszyłem. Kilka kilometrów od centrum zapytałem o drogę pewnego starszego turystę. On z kolei zapytał o moje plany, po czym odradził nocnej przeprawy przez lasy i góry ze względu na schodzące niedźwiedzie, widywane nawet ostatnio na drodze asfaltowej prowadzącej z Polanicy Białczańskiej nad Morskie Oko. Nie wystraszyłem się (jeszcze) i ponowiłem szybki marsz. Kiedy dotarłem do miejsca w którym zaczynał się szlak czerwony, było już praktycznie ciemno. Uzbroiłem głowę w czołówkę, dłoń w latarkę i wszedłem w mokre lasy. Szybko zrobiło się całkiem ciemno, co w połączeniu z gęstą mgłą dawało dość mroczny efekt. Nie będę ukrywał, że czułem lekki niepokój, szczególnie przez fakt, że brnę w nieznane sobie lasy, w kierunku przeciwnym do cywilizacji, i pozostało mi, według mapy, niecałe 6 godzin marszu. Strachu przed lasem nocą pozbyłem się już dawno temu, jednakże słowo "niedźwiedź" wracało coraz częściej. Miśki, zanim zapadną w sen zimowy, muszą znacznie zwiększyć masę ciała żeby mieć z czego chudnąć w trakcie zimy. Moje niespełna 60 kg mogły by się zatem przydać któremuś z nich. Postanowiłem wszelkie wypłaszczenia bądź niestrome zejścia zbiegać. Promień latarki wodził od drzewa do drzewa w poszukiwaniu oznaczeń szlaku. Kilkukrotnie nie byłem pewien którędy wiedzie, ale na szczęście udawało m się go odnajdywać w dość krótkim czasie. Aż dotarłem na Rówień Waksmundzką (już na ponad 1400mnpm). Podszedłem do wskaźnika szlaków. Strzałki wskazywały obydwa kierunki szlaku zielonego, które nie bardzo mnie interesowały, i jedynie jeden kierunek w którym biegnie szlak czerwony, w dodatku to ten kierunek z którego przyszedłem. Brakowało kierunkowskazu, którego potrzebowałem! Sprawdziłem mapę i zacząłem szukać kontynuacji czerwonego szlaku. Zamierzałem poszukać oznaczeń na drzewach, niestety Rówień była ich pozbawiona, była łysa. Tu mgła była jeszcze gęstsza, widoczność spadła do 5 metrów. Po 10 minutach chaotycznego przemierzania polany udało mi się dotrzeć do upragnionego kierunkowskazu.


Rysy widziane z nad Morskiego Oka

Niecałe półtorej godziny później dobrnąłem już do asfaltu. Napotkałem rozśpiewaną grupę piechurów, zapytałem o obecność niedźwiedzi na trasie, ta zaś była, o zgrozo, twierdząca. Na otuchę otrzymałem cenną wskazówkę "musisz głośno śpiewać, wtedy uciekają" (:D) Do przodu jednak pchała mnie świadomość, że po polskiej stronie jest zaledwie kilkanaście osobników, więc musiałbym mieć przeogromnego pecha by jakiegoś spotkać. Na szczęście nie spotkałem żadnego, chociaż w trakcie marszu, dość bezwiednie szukałem wzrokiem odpowiednich drzew na poboczu, na które mógłbym się, w sytuacji awaryjnej, wdrapać w kilka sekund. Jeszcze przed 20. dotarłem nad Morskie Oko. Przywitała mnie entuzjastyczna para, jak się parę chwil później rzuciło w oczy - lekko podpita. Byli pod wrażeniem mojej wędrówki po ciemku, porobili sobie ze mną zdjęcia, po czym zaprosili do środka na whisky. Na recepcji uzgodniłem warunki zakwaterowania: dwa noclegi, za pierwszy zapłaciłem gotówką 30 złotych, jako, że na drugi nie było mnie stać, ustaliliśmy że mogę zapłacić przelewem po moim powrocie. Poszedłem przebrać się i coś przegryźć do "swojego" pokoju, po czym wróciłem do budynku nowego schroniska na obiecane whisky. Obiekt o tej porze roku i przy obecnej aurze powinien świecić pustkami, a jednak wszędzie było pełno ludzi. Okazało się, że odbywała się tam zorganizowana impreza TOPR-u, towarzyszyła jej nawet góralska orkiestra. Turystów również było sporo. Przysiadłem się do wspomnianej pary, siedzieli jeszcze za swoimi znajomymi, wszyscy na oko po 40stce. "Teraz opowiedz nam swoją historię" – usłyszałem od uśmiechniętego pana z wąsem. Tak też zrobiłem, opowiedziałem o tranzycie autostopem przez ponad 500 km, wstydliwej historii pozbycia się gotówki, i pozmrocznej wędrówce przez lasy. Było wesoło, nawet bardzo. Mnożyły się pytania adresowane do mnie. Odpowiadałem na wszystkie. Pan z wąsem, zdecydowanie najbardziej rozgadany, na co mógł mieć również wpływ alkohol, określił mnie jako "Poje****** pozytywnie". W pewnym momencie jednak stwierdził, że kłamię, że to niemożliwe że przebyłem tych 21 kilometrów po zmroku w niespełna 4 godziny. Miał swoją teorię na temat mojego dotarcia do schroniska. Nie zamierzałem nikomu się tłumaczyć ani udowadniać, ale postanowiłem opisać mu trasę, bo ponoć on jest stąd i "zna te wszystkie miejsca jak własną kieszeń". Opisałem wiele cennych szczegółów - nie wystarczyło. Nie zgadzał się czas przejścia. Wspomniałem, że część przetruchtałem. I tu zaczynają się "jaja". Co ja wiem o bieganiu i ile mogę przebiec? Wspomniałem, że dużo biegam. Chciał się, ze mną zmierzyć następnego dnia na dystansie "w dół i w górę". Później zapytał czy ja w ogóle wiem ile ma maraton? Odpowiedziałem – "42,1 km". Kolejne pytanie zaskoczyło wszystkich. - "A ile miał Tusk na ostatnim maratonie?" Roześmiałem się, po czym odpowiedziałem, ze nie mam pojęcia, ale jeśli poniżej 4 godzin to całkiem nieźle by było. - "59 minut mój drogi" – usłyszałem. Zaskoczony stwierdziłem, że to musiał chyba być bieg na 10 km. Usłyszałem kolejne pytanie: - a jaki jest rekord w maratonie?. Odpowiedziałem precyzyjnie: -2h 3 minuty jakiegoś Kenijczyka, a polski rekord to 2h 7 minut Henryka Szosta. Po odpowiedzi, którą usłyszałem pomyślałem "Boże, widzisz a nie grzmisz" – "Widzisz, nic nie wiesz, bo 44 minuty". "Wąs" lekko mnie odepchnął, i poprosił o odejście, bo kłamię. Na odchodne usłyszałem - "kochamy cię ale idź już sobie". Tak też zrobiłem, usiadłem kilka stolików dalej, i przeglądając mapę dopijałem whisky z colą . Po kilku minutach podszedł do mnie z wyciągniętą ręką, przepraszając za siebie i prosząc żebym się nie gniewał, po czym położył na stole 50 złotych i dodał, ze to na noclegi. Odmówiłem przyjęcia, jednakże Wąs odwrócił się i odszedł. Nie wrócił więcej. Hmm. Mówią "dają, to bierz", więc posłuchałem ich. W pokoju zgadałem się jeszcze z dwoma chłopakami z Krakowa na wejście kolejnego dnia na zaśnieżone Rysy.


Morskie Oko przed świtem ...
Wstaliśmy o 5. a o 6. byliśmy już na trasie, zaczynało świtać.

Czarny Staw pod Rysami


Od czarnego Stawu pod Rysami zaczęła się lekka wspinaczka. Założyłem na buty swoiste półraki, sprawdzały się, ale tylko do czasu gdy przybyło śniegu. W kilkudziesięciocentrymetrowej warstwie białego puchu przy sporym nachyleniu terenu porusza się nadzwyczaj wolno. 100 metrów w 10 minut. Na około 1800 mnpm jeden z Krakowiaków zrezygnował z dalszej wędrówki przez kontuzję  kolana z dnia poprzedniego. Dalej poruszaliśmy się wiec już tylko we dwóch. Dotarliśmy do charakterystycznej "rysy" – stromego źlebu prowadzącego na grań. Tam skończyły się ślady, ponoć nikt od 2 tygodni nie wspinał się na Rysy. Szlak letni zgubił się już wcześniej, nie był do znalezienia, nie przy tak fatalnej widoczności i w tak głębokim śniegu. Zimowy z kolei, był zbyt stromy i niebezpieczny by móc go pokonać bez czekanów i asekuracji sprzętem.
 
Koniec "uczęszczanej" trasy
Na około 2150 zawróciliśmy, racjonalnie oceniając ryzyko. Rysy w końcu będą stały gdzie stoją, poczekają na nas. Zejście w dół poszło o wiele szybciej, przez sporą część drogi dało się po prostu zsuwać po śniegu. Dobrze zrobiliśmy wycofując się, gdyż zaczął padać deszcz ze śniegiem, później już sam śnieg. Intensywnie.

Piotrek z Krakowa w "rysie"
 



 
Przed 12. byliśmy na Morskim Oku z powrotem. Na recepcji odebrałem klucz od swojego pokoju, w którym zostawiłem rzeczy. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka i ... kolejna przygoda (pech?). Moje rzeczy zniknęły, ubrania, bielizna, kilka pierdółek plus zapas jedzenia na dwa dni. Wróciłem zapytać co się stało z moim rzeczami. Posprzątano je i wyrzucono do kontenera. W dodatku wysłano mnie z latarką żebym poszedł ich w nim sobie poszukać. Trochę bezczelnie. Kontener, długi na bodaj 8 metrów, w połowie pełen był rozkładających się resztek jedzenia, potłuczonych butelek i najrozmaitszych odpadków. Tylko pytanie: w sumie to dlaczego ja mam szukać swoich rzeczy w kontenerze, i jeśli już je tam znajdę czy będę chciał je założyć na siebie? Nie. Zapytałem recepcjonistę o tę sprawę, wymyślili, ze jako zadość uczynienie dadzą mi naleśniki na kolację. Co prawda nie będę ich jadł przez dwa dni ani się w nie nie ubiorę, ale dobry początek. Jednak wciąż dopominałem się o swoje rzeczy, które straciły się z winy hotelarza, w tym wypadku pracowników schroniska. Byli źli na mnie, że mam do nich pretensje. Nie chciałem dzwonić do kierownika, zostawiłem ich by sami się zastanowili co z tym zrobić. Po godzinie, przynieśli mi moje rzeczy, ubrania wyprane, pachnące i wysuszone, i reklamówkę z moim jedzeniem. Po zapachu stwierdziłem, ze nie mogły być w śmietniku. Co się więc z nimi stało? Po prostu przywłaszczyli je sobie. Kto by wyrzucił pyszne wieprzowe kabanosy, czekolady bakaliowe i inne przysmaki. Ale najważniejsze, że
wróciły do mnie. 

Szczęśliwe łóżko ze szczęśliwym numerem

Przebrałem się po czym w gęstym śniegu przebiegłem się jeszcze w kierunku Szpiglasowej Przełęczy. Niestety frajdy z widoków nie zaznałem, ani tego dnia, ani następnego. Sypało i sypało. Gdy się obudziłem następnego dnia, za oknem było już pół metra śniegu. Warunki niesprzyjające wysokogórskim wędrówkom, wróciłem zatem do Zakopanego. Znalazłem nawet towarzysza podróży na tych kilkanaście kilometrów (Pozdrowienia ślę) :) Szliśmy gawędząc z zamiarem złapania każdej możliwej okazji by przybliżyć się do Zakopanego. Kawałek podrzucił nas chyba sam Sebastian Loeb, z tym, że zamiast Citroenem, jechaliśmy polonezem caro. Każdy zakręt braliśmy bokiem, zarzucając wcześniej tyłkiem. Do celu podrzucili nas mili Słowacy. Na miejscu udałem się do nieszczęsnej restauracji marki McDonald, na Krupówkach. Poprosiłem managera o sprawdzenia monitoringu z czasu kradzieży moich pieniędzy. To co usłyszałem było nieprawdopodobne. Muszę chyba wyglądać na strasznego idiotę, jeśli ktokolwiek mógł uznać że kupię taką wersję. Owszem, widać jak odchodzę od stołu i zostawiam tacę, widać jak 3 minuty później kobieta zabiera tacę już bez portfela. Ale co pomiędzy? Kto przechodzi i zabiera portfel, bo ponoć przyniósł go jakiś chłopak na dół. Tego niestety się nie dowiedziałem, usłyszałem za to – "Monitoring jest niedokładny i tego nie widać" :D Zapytałem o możliwość obejrzenia tego nagrania, niestety odmówiono mi, poprosiłem o kierownika – "nie ma kierownika", poprosiłem o namiary na niego – "nie możemy Panu ich podać". Cóż, widocznie manager krył swoją pracowniczkę. Wieczorem, gdy miałem trochę czasu zanim pojawił się mój transport, poszedłem na komisariat policji i zgłosiłem kradzież. Policjantka przyjmująca zgłoszenie uśmiała się z tej historii, dodała, ze im dostęp do monitoringu przysługuje i na pewno sprawdzą te nagranie. Co prawda nie liczę na to by odzyskać stracone fundusze, ale ciekaw jestem co stwierdzi policja po obejrzeniu nagrania.
 

Z tą oto Panią spotkałem się w Zakopanem, bodajże 6 razy. Pirwszy raz, gdy dopiero co się tam pojawiłem. Zapytała o papierosa, a później czy nie mógłbym jej zrobić zdjęcia i wysłac do agencji reklamowej. Zgodziłem się :) Pół godziny później zapytała o drobne, bo zbiera na bilet. Gdy wróciłem z gór natomiast, pytała mnie kolejno o: drobne, bo zbiera na kurs prawa jazdy, o drobne na toaletę, kawę i doładowanie do telefonu. Nie pomogłem jej jednak ani razu, nie posiadałem zbędnych kwot, ktore mógłbym rozdać. Osłyszałem za to jak do grupki ludzi obok mnie rzuciała dokładnie takie zdanie "Będziecie chcieli jeszcze kur** krokiety. Ja to jeszcze w telewizji pokaże" :D